Przez jedną długą sekundę nie wiedziałam, co się stało. Dopiero po chwili rozjaśniło mi się w głowie. Wyczułam, że zostałam przygnieciona do ziemi przez kogoś większego ode mnie. Czyli nie mogło to być moje rodzeństwo. Dodatkowo ten ktoś, gdy zaczął się ruszać, używał dość ordynarnych słów. To utrzymało mnie w przekonaniu, iż to oni.
Kamienie i gałęzie wbijały się w moje plecy, ale nie czułam jakiegoś większego bólu. Dobry znak. Sztylet, który nadal trzymałam mocno w dłoni nie zranił mnie, jakimś cudem.
Zaraz... nie zranił mnie, ale tkwił w ciele osoby, która mnie przygniotła!
Poczułam jak ucisk słabnie i gdy znikł, przeturlałam się, ocierając o kamienie, byle znaleźć się jak najdalej od potencjalnego przeciwnika. Gdy byłam już dość daleko, szybko skoczyłam na nogi, i poprawiłam uścisk na rękojeści sztyletu.
Rozejrzałam się, wytężając wzrok. Księżyc wyszedł za chmur. W jego świetle ujrzałam wysoką, chudą postać. Nadal było zbyt ciemno, żebym mogła dostrzec więcej szczegółów. Nagle moją uwagę przykuł ciemny, błyszczący kształt w jego prawej dłoni. Czyżby broń...?
Przełknęłam ślinę. Nagle zatęskniłam za pistoletem, który kiedyś proponowała mi Maya. Odmówiłam jej, mówiąc, że za bardzo rzuca się w oczy. Teraz zaczęłam żałować swojej decyzji.
Miałam nadzieję, że Marley i Step uciekli. Żeby tylko nie przyszło im do głowy zostać i mi pomoc.
Facet podniósł broń i wycelował.
- Ha! - usłyszałam glos jednego z bandytów gdzieś powyżej ze skarpy.
Od razu odwróciłam się w tamtą stronę. I nie tylko ja, bo także mężczyzna z bronią. Nad nami, na krawędzi urwiska stało pięciu facetów, tych którzy nas gonili. Nagle rozległy się trzy strzały- w odstępie kilku sekund, każdy perfekcyjnie wymierzony. Już po chwili trzech bandytów toczyło się w dół zbocza, wzbudzając tumany pyłu. Przeszedł mnie dreszcz. Miałam szczęście, że to nie we mnie trafiły kule.
Pozostała dwójka zniknęła. Może się schowali, a może uciekli. Byliby skończonymi desperatami, gdyby tego nie zrobili.
Za długo stałam w miejscu. Powinnam od razu uciekać, a teraz znowu byłam celem. Odwróciłam się twarzą do mężczyzny i zrobiłam wroga minę.
- To oni cię ścigali? - zapytał, mierząc do mnie. Mówił cichym głosem, który wydał mi się dość młody.
- A co ci do tego? - zapytałam, unosząc podbródek.
- Od twojej odpowiedzi zależy, czy cię zabiję, czy nie- uprzedził mnie. - Lepiej odpowiedz.
W tej chwili podbiegli do mnie Step i Marley i próbowali mnie zasłonić. Miałam ochotę ich udusić.
- Uciekajcie, ale już! - wrzasnęłam na nich.
- Ale...- zaczął Step.
- Już! - powtórzyłam, patrząc na niego.
Facet się roześmiał.
- Młodsze rodzeństwo? - zapytał mnie. Chyba się uśmiechał.
Zaraz potem wciągnął powietrze przez zęby. Opuścił rękę z bronią i zgiął się, trzymając się drugą ręką za bok.
- Nieżle mnie urządziłaś- wydusił.
- Niespecjalnie! - odparłam szybko. Miałam nadzieję, że nie będzie chciał się mścić.
- Pomożemy ci- zaproponowała Marley. Już miałam zaprzeczyć, ale dziewczynka mnie uprzedziła. -Jako rekompensata.
- Nie, dzięki- powiedział słabo.
Ale Marley już do niego biegła. Step poszedł rozpalić ogień. Ja stałam wrośnieta w ziemię i przygladałam się tej scenie, przeklinając w duchu.
- Lissa!- Marley mnie zawołała. - Chodź tu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz