Drzwi były uchylone. Nie zatrzymałam się, tylko od razu wślizgnęłam do środka, jednocześnie wyciągając sztylet za pasa. Już w środku stanęłam pod ścianą i unosząc nóż rozglądnęłam się.
Wpadające przez okna zachodzące światło oświetlało pokój. Był niewielki, identyczny jak wszystkie inne, które widzieliśmy po drodze. Meble stały w idealnym porządku, bezruchu, w powietrzu unosiły się cząsteczki kurzu, który osiadł na podłodze i meblach grubą warstwą.
Nie było w tym domu nikogo od jakiegoś tygodnia.
Z pokoju odchodziły dwoje drzwi. Zajrzałam do obu. Pusto.
Wybrałam te pierwsze, prowadzące do kuchni. Zaczęłam otwierać szafki. Tu nie było już takiego porządku. Niektóre rzeczy były porozwalane na podłodze, słoiki -potłuczone lśniły na blacie. Udało mi się znaleźć puszki z jedzeniem i nie patrząc na zawartość wrzuciłam je do torby. Poszperałam jeszcze wśród bałaganu. Zabrałam herbatę, kawę i trochę jedzenia, które jeszcze nadawało się do spożycia.
Niewiele tego było, ale w okolicy było jeszcze kilka opuszczonych domów. nie powinniśmy być głodni w najbliższym czasie.
Ostrożnie wyszłam z kuchni, starając się obudzić wszystkie zmysły, choć nie było to łatwe po kilku nieprzespanych dniach. Weszłam do kolejnego pokoju. To był korytarz, na jego końcu znajdowały się drzwi prowadzące na górę. Wspięłam się po nich i przeszukałam resztę domu. Dalej pusto. Czasem zdarzało się, że spotykaliśmy innych uciekinierów i wtedy było trudniej o jedzenie. Albo uciekasz, albo walczysz, albo odbierasz. Kto silniejszy, ten wygrywa. Dość szybko przyswoiłam sobie tą zasadę.
Z łazienki zabrałam dwa ręczniki, które mogły służyć jako koce. Potem sprawdziłam dwa pokoje. Panował w nich bałagan, ludzie musieli pakować się w pośpiechu. Coraz bardziej się niepokoiłam. Dom był duży, nie mogłam w nim długo przebywać. Brałam cokolwiek wpadło mi w ręce, aż w końcu torba była o dużo za ciężka. Złapałam jeszcze buty mniej więcej rozmiaru Marley- jej już się przetarły i nie miała w czym chodzić. Znów ostrożnie zeszłam na dół i wyjrzałam przez okno. Chwilę stałam w bezruchu, aż w końcu uznałam, że mogę wyjść. Znów pochylona przebiegłam przez trawę, z szybko bijącym sercem. Gdy dotarłam do parowu, z którego w ukryciu moje rodzeństwo obserwowało okolicę, potknęłam się i przeturlałam po trawie i kamieniach na samo dno. Przez chwile leżałam cicho, przeklinając w myślach. Ciężka torba wbijała się w mój bok. Po chwili usłyszałam, jak ktoś sunie w moją stronę. Podniosłam głowę i spojrzałam na Marley.
- Mam dla ciebie buty- poinformowałam ją z poważna miną.
Na jej bladych ustach pojawił się uśmiech.
- Nieźle spadłaś, wiesz? - powiedziała. - To było spektakularne.
- Czuję - powiedziałam i podniosłam się na łokciach. -Przynieś wasze torby i wracaj obserwować. Ja rozdzielę jedzenie i ruszamy.
Podzieliłam rzeczy mniej więcej po równo, Marley oczywiście dostała najmniej. Ruszyliśmy niedługo potem, by jak najbardziej oddalić się od zabudowań. Minęła godzina, potem następna i dopiero wtedy znaleźliśmy dobre miejsce na postój. Zjedliśmy trochę z naszych nowych zapasów. Marley nie dała rady i zasnęła. Nie miałam serca jej budzić, choć powinniśmy iść dalej. Step zaproponował, żebym i ja się przespałam, gdy on będzie pełnić wartę. Wiedziałam, że tez jest zmęczony i to bardzo, dlatego kazałam mu się obudzić za godzinę.
Zasnęłam niemal natychmiast.
I obudziłam się niedługo potem potrząsana za ramię przez brata.
- Ludzie- szepnął do mojego ucha. - Czterech mężczyzn.
Przebudziłam się od razu. Zaczęłam zbierać rzeczy, kiedy Step budził Marley. Po chwili usłyszałam głosy. Przyciszone, ale bliższe z każda sekundą. Popędziłam rodzeństwo i ruszyliśmy, kryjąc się wśród cieni. Szliśmy coraz szybciej...
Prosto w ręce dwóch wysokich mężczyzn!
Skąd wiedzieli, że tu jesteśmy? Jak nas zobaczyli? Śledzili nas? To musiała być pułapka, tylko dlaczego zastawili ją na nas?
Te i milion innych pytań pojawiły się w mojej głowie, kiedy jeden z facetów złapał mnie za ramiona i przytrzymał, a drugi, wyższy złapał Stepa. Zaśmiał się szyderczo, jednak śmiech zmienił się w krzyk, gdy Marley kopnęła go w goleń. Kolejny cios zadał mu Step łokciem w żebra. Mężczyzna, który mnie trzymał poluźnił ręce, dzięki czemu dosięgłam sztyletu. Po chwili tkwił już w ciele faceta. Zostawiliśmy ich, wijących się z bólu na ziemi i pognaliśmy przed siebie. Byle dalej od reszty bandytów. Zerknęłam przez ramię... Cholera! Gonią nas, widziałam trzech... nie, czterech! Musiało być ich więcej.
Torby ograniczały nasze ruchy, spowalniały nas. Marley i Step biegli szybciej niż ja, nawet z obciążeniem. Trzymałam się z tyłu, by mieć ich na oku i bronić ich w razie potrzeby sztyletem. Ścisnęłam go mocno w dłoni i zerknęłam jeszcze raz przez ramię. Dogania...
Usłyszałam pisk Marley i stłumiony krzyk Stepa. Odwróciłam głowę jeszcze raz, tylko po to, żeby zobaczyć stromy stok i spaść z rozpędu prosto na nieco łagodniejszy spadek. Kolejny raz tego dnia przeturlałam się po ziemi i wpadłam na kogoś, zwalając go z nóg.
To był dopiero spektakularny upadek.
Hejka!
Nowy rozdział, proszę bardzo! Krótki i troszeczkę nudnawy jednakże konieczny dla całej historii! Nie wiem kiedy pojawi się następny, niestety. Październik, konkursy, szkoła, nauka itp, itd. No to zapraszam do komentowania!
Venia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz