Hej wszystkim!
Na początek krótki rozdział. :) Następny prawdopodobnie pojawi się za tydzień. Serdecznie zapraszam!
Pozdrawiam.
Venia.
P.S. Komentujcie, jak co myślicie o blogu i rozdziale.
- Długo jeszcze będziemy tak leżeć? - szepnął Step, nie grzesząc cierpliwością.
- Cicho-odparłam, ledwo poruszając ustami.
- Głodna jestem - mruknęła Marley, cichutko, do siebie.
Spojrzałam na nią. Leżeliśmy we trójkę na ziemi w niewielkim parowie, pośród trawy i obserwowaliśmy opuszczone gospodarstwo juz od pół godziny. Spojrzałam a wychudłą, brudną twarz dziewczynki, okoloną prostymi, jasnymi włosami ściętymi na "pazia". Na duże niebieskie oczy, z cieniami pod oczami, półprzymknięte ze zmęczenia. Nie spaliśmy porządnie już od trzech dni. Po chwili przeniosłam wzrok na Stepa. Jakimś cudem udało mu się nie schudnąć, tak jak nam. Był szczupły, a nie chudy, choć jadł tyle samo co my. Czyli prawie nic. Miał zielone oczy, po naszej mamie i czarne włosy, podobnej długości, jak Marley.
Ja, Stephen i Emily, bo tak brzmiało prawdziwe imię Marley, byliśmy rodzeństwem. Dziewczynka miała 13 lat, Step 14, a ja 16, przez co musiałam się nimi opiekować. Często żałowałam, że nie mamy starszego brata, albo chociaż siostry, żeby on mógł się nami zająć. Byłam okropna opiekunką. Na początku nie potrafiłam znaleźć jedzenia, bronić się, ale teraz jest już lepiej. Powiedzieli mi co mam robić by przeżyć. A cena była niewielka.
Byliśmy dziećmi senatora. Mieliśmy wszystko, wielki dom, służbę, jedzenie, pieniądze. Nie musieliśmy kraść. Byłam ich pierwszą córką. Ich dumą, umiałam czytać i pisać, logicznie myśleć już w wieku sześciu lat. Nie ma długo. Owszem znałam się na polityce, już od dziecka. Ale moje poglądy, które wygłaszałam, od kiedy nauczyłam się dobrze mówić, były całkiem odmienne od tych ojca. Ba, całego narodu. Uważałam, że państwo jest zbyt ociężałe. Że rząd nic nie robi dla ludności, która nie bogaci się. Że zniesienie przymusu nauczania dla zwykłych dzieci jest głupie. Mówiłam otwarcie, aż moje poglądy stały się niebezpieczne dla pozycji ojca. Mama przestrzegła mnie bym nie mówiła o tym co myślę przy ludziach. Niech wszystko zachowam dla siebie. Od tej pory się nie odzywałam. Gdy miałam jedenaście lat pojawili się Rewolucjoniści. Nie wiadomo, czy pochodzili z jakiś innych krajów, czy może była to ludność naszego państwa. Po prostu pewnego dnia nadeszła wiadomość o zbrojnym zaatakowaniu miasta granicznego. Przez rok toczyły się walki, aż nieprzyjacielska armia dotarła do drzwi domu mojego ojca. Miałam wtedy lat dwanaście. Mnie, Marley i Stepowi udało się uciec przez tylne drzwi. Przekradliśmy się przez ulice, na których nie toczyły sie bitwy i uciekliśmy z miasta. Jak mówiłam na początku nie było łatwo. Trudno nam było się przystosować. Po trzech miesiącach, w nocy zostaliśmy napadnięci. Pamiętam zamazane twarze, a potem ciemność. Gdy się obudziłam w jakimś pomieszczeniu, nade mną stała jakaś dziewczyna. Wysoka, szczupła, wysportowana, o brązowych oczach i włosach ściętych na "chłopczyce". Była starsza ode mnie o około pięć lat. Nie uśmiechała się. Za jej placami pod przeciwległą ścianą leżało moje rodzeństwo, nieprzytomne, pilnowane przez czterech rosłych, zamaskowanych mężczyzn.
- Jesteście Rewolucjonistami?- zapytałam dziewczynę.
- Tak jesteśmy -odparła, z nikłym uśmieszkiem. - Tak jak ty, córko senatora.
Nie spytałam skąd wie kim jestem. Zdziwiło mnie to, że nazwała mnie Rewolucjonistą. Bo niby czemu miała by mnie tak nazywać?
- Nie jesteś Obrońcą- uprzedziła moje pytanie. Tak określano osoby, które walczyły przeciw Rewolucjonistom. - Śledziliśmy twoje poczynania od małego. Nigdy nie zgadzałaś się z prawem tego państwa. Z czym w takim razie? Z nami, choć tego nie wiedziałaś. My chcemy reform. Czemu bogate dzieci mogą się uczyć, a inne nie? Czemu ludzie nie mogą mieć lepszej pracy, lepszych warunków, czemu każdy musi mieszkać w identycznych niewielkich domkach? Czemu pospólstwo nie może mieć więcej niż dwójki dzieci? Bo nie ma pieniędzy, wszystko biorą politycy, właściciele firm. Ty to rozumiesz. To nas zaintrygowało.
Owszem, rozumiałam. I zgadzałam się z nimi.
- Czego chcecie? - zapytałam ją.
- Twojej pomocy, za która odwdzięczymy się pomocą. Ty będziesz wyświadczać na przysługi, a my nauczymy cię przeżyć. Zgadzasz się?
- Co z moim rodzeństwem?
- Nie powiesz im. Wychowali się na prawie państwa. Wierzą w nie. Będziesz kłamać, udawać przed nimi i każdym innym, że jesteś Obrońcą.
- Nie zabijecie ich?
- Czy wtedy byś nam pomogła?- zapytała, unosząc brwi. - Oczywiście, że nie. Więc jak, wchodzisz w to?
- Co będę miała robić?
- Będziesz zbierać informacje o Obrońcach. Większość miast i wsi jest wyludnionych, tylko te większe jeszcze się trzymają, ludność tam uciekła. Trzymaj się od nich z dala, tam prowadzimy walki. Masz obserwować z daleka, gdzie kryją się Obrońcy, gdy zauważysz innych ludzi, błąkających się od miasta do miasta, masz nas powiadomić. Wszystko będzie wyglądało, jakbyś wiecznie uciekała, kryła się i szukała jedzenia. Teraz my nauczymy cię się bronić i przeżyć, ale ty masz nam się odwdzięczyć.
Tego dnia wszystko się zmieniło. Step i Marley nie wiedzieli co się stało, brali napaść za zły sen. Nie powiedziałam im prawdy, tak jak obiecałam, bo ta Rewolucjonistka, Maya, dokonała swojej części umowy. Dzięki niej wiedziałam jak zdobyć pożywienie, a jedyna ceną to było przekazanie informacji raz na dwa tygodnie we wcześniej umówionym miejscu. Okłamałam rodzeństwo, ale dzięki temu mogliśmy przeżyć. Zresztą czym jest kłamstwo, gdy wreszcie mogę myśleć to co chce i działać na rzecz swoich przekonań, nie biorąc po uwagę stanowiska ojca?
Westchnęłam i uniosłam się na łokciach.
- Idę po jedzenie. Wiecie, co macie robić. - mruknęłam i wstałam. Lekko pochylona pomknęłam do opuszczonego domu.
Swietny rozdzial,czekam na kolejny ;)
OdpowiedzUsuńzapraszam: gertrama.blogspot.com
obserwujemy? Odp u mnie ;*
Czekam na kolejny rozdział, zapowiada się świetnie! :)
OdpowiedzUsuńmatrelsy.blogspot.com
Takze obserwuje ;)
OdpowiedzUsuń